Zainspirowana pewną refleksją, pragnę podzielić się kilkoma myślami. Dotyczą poniekąd upływającego czasu, a ściślej tego, co przynosi dla mojej głowy i duszy to przemijanie. A to we współistnieniu z wielką moją miłością do wszystkiego, co minione..
Sięgając wstecz, na sam niemal początek, widzę siebie beztroską, radosną. Kiedy dziewczęctwo przywdziewa powolutku dojrzalszy stan, wciąż podróżuję przez życie ufna (wobec ludzi) i radosna, choć już z przyziemnymi frasunkami, odkąd było mi dane usamodzielnić się. Na zawsze pozostanie we mnie to zdziwienie, dlaczego tak szybko... Tak się stało i już. To jednak zaważyło na całym moim późniejszym postrzeganiu codzienności i siebie w niej. Zorientowałam się zupełnie niedawno, że tak naprawdę bezpieczną, w moim odczuciu, była jedynie ta mała dziewczynka z warkoczykami. Już nigdy potem, aż do teraz, nie opuściły mnie przychodzące co jakiś czas wątpliwości, czy aby na pewno jutro będzie dla mnie przychylne. Zbudowałam swój własny świat, głównym bohaterem w nim miało być wszechobecne piękno, bym mogła chłonąć je, karmić swoje zmysły, a nade wszystko swoją duszę. Tak, to był i wciąż jest mój mechanizm obronny. Zatem moja miłość do pięknych wnętrz i przedmiotów istnieje właściwie od zawsze. To cenny bardzo dar, zarazem jednak bywa to trudne. Z uwagi na głęboką wrażliwość estetyczną, nie umiem pewnych rzeczy zaakceptować. Niemniej, powroty do mojego świata zawsze niosły ukojenie i przytulenie... Na dodatek, życie uwiło taki oto niespodziewany dla mnie scenariusz, iż z pasji tej wielkiej i miłości do starych, pięknych przedmiotów, utworzyło sposób na życie:-) To poniekąd (tak czuję) nagroda, iż nigdy nie porzuciłam, ani też nie pozwoliłam sobie odebrać tej wielkiej miłości do dekorowania otaczającego mnie świata. Każde przyśpieszone bicie serca, każdy jeden błysk w oku, westchnienia i usta w uśmiechu, które przynosiło moje sam na sam z tym wszystkim co kocham, było ukoronowaniem dla mojej wiary w swój dobry świat. A prościej, ja podświadomie czułam, że nie mogę porzucić tej pasji i miłości nigdy, choćby nie wiem co. Na przekór niezrozumieniu, pomimo braku akceptacji nie raz. To jedno wiedziałam na pewno, kocham otaczać się pięknem minionych czasów, zatrzymanym w przedmiotach właśnie i tak już pozostanie:-) A co do przemijania, w mojej głowie i sercu pozostaje póki co pragnienie, by czekając na jutro, przyśpieszone bicie serca powodowały jedynie dobre, miłe obrazy i wizje. Bez wątpliwości, czy aby na pewno idę tą właściwą drogą:-) I to największe z pragnień, poczuć się znów kiedyś tak beztrosko bezpieczną jak wtedy, kiedy matczyne dłonie zaplatały w warkocze niesforne moje włosy..
Poniżej kilka miłych motywów dekoracyjnych z mojej obecnej przestrzeni:-)
Akcenty wiosenne, a zatem hiacynty w najpiękniejszej,
wiekowej oprawie:-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz