Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróże. Pokaż wszystkie posty

wtorek, lipca 27, 2021

Kiedy umysł podpowiada to wszystko, co dyktuje serce…


To najwyższy stopień wolności. I szczęścia:-)
Życie obdarowuje nas w przeróżny sposób. Doświadczamy nieraz trudnych, często destrukcyjnych momentów. Wydarzają się też budujące, niezwykłe chwile, kiedy dusza tańczy… Coraz dotkliwiej odnoszę wrażenie, że kiedy przestajemy się bać, kiedy pozwalamy życiu siebie prowadzić, wszystko niemożliwe zwyczajnie się dzieje:-) W moim sercu budzą się jeszcze lęki i niepokój czasem… Dotyczą głównie tej przyziemnej strony, jak utrzymanie, ale też zdrowia.  Zauważam jednak, ze to wyuczone nawyki myślowe, że tak naprawdę dusza podpowiada mi dobre obrazy… Umysł jednak wciąż przywołuje ją do zapamiętanych schematów. Bliższe są mi te wewnętrzne podszepty serca:-)  Wiem,  ze wystarczy puścić wszystko, co wprowadza dyskomfort i nieszczęśliwy stan, bo to  otwiera mnie na życie.  Pozwala sprzyjać mi i  przynosić wizualizowaną, moją codzienność. W niej miły sercu dom:-) Wnętrza, do których kocham wracać. Miejsca też, takie jak moja Toskania, w których odkrywam bezmierne morze inspiracji i cudownych, nieporównywalnych z żadnymi innymi emocji… Tutaj jestem szczęśliwa. Chłonę każdy obraz. Moje zmysły przeżywają najczystszą ucztę… To najpiękniejszy stan, w jakim dane jest mi być… Tutaj umysł podpowiada to wszystko, co dyktuje serce! Powrócę z bagażem niezapomnianych emocji, pięknych obrazów, smaków i doznań. Pragnę takiego życia. Niczego więcej:-) Bym mogła powracać do mojego, kojącego zmysły i dającego poczucie bezpieczeństwa domu. Bym mogła pobyć tutaj, w mojej Toskanii te kilka choć dni w roku. By zdążyć duszę i oczy nacieszyć. Bym w trosce o siebie, zakupić mogła zdrowe jedzonko u Kochanej pani Lidzi np i bym robić mogła to, co kocham, tak jak teraz:-) Mam swoją wymarzoną pracownię. Ona po prostu do mnie przyszła… Jakby  na mnie czekała:-) Pamiętam niepokój, kiedy opuszczałam poprzednie miejsce.  Pomimo to jednak czułam gdzieś w głębi serca, ze to kolejny etap, że życie coś chce mi przekazać:-)

poniedziałek, sierpnia 19, 2019

Miły przerywnik


Od zawsze miałam kłopot z orientacją w terenie. Jeśli wsiadałam w samochód, to najchętniej poruszałam się w znanych mi okolicach. Gdzieś dalej, wolałam się nie wypuszczać. Z czasem, powolutku, podejmowałam się przekraczania tej bezpiecznej granicy. Bo chciałam bardzo widzieć siebie samodzielną, niezależną od czyjejś woli. Wciąż się gubię, błądzę, ale zawsze udaje mi się dotrzeć do celu:-) Raczej nigdy nie wytworzę u siebie umiejętności bezbłędnego orientowania się w terenie, wiem jednak, że bardzo zubaża mnie to ograniczenie, że tracę sporo, bojąc się wypuścić poza znaną okolicę... Stąd moja wielka chęć pokonywania kolejnych barier... Tych w mojej głowie. Bo to tam wszystko ma swój początek. Pomimo lęków i głosu wewnętrznego, powstrzymującego przed każdym, nowym wyzwaniem, pragnę robić kolejne kroczki naprzód. I oto poczyniłam kolejny:-) Nie analizując, nie rozmyślając za wiele, skupiłam się na celu. Zapragnęłam powitać kolejny i kilka następnych dni na plaży. Usłyszeć ten kojący szum morskich fal, poczuć powiew rześkiego, wilgotnego o poranku powietrza... Stopom zaś sprawić zapamiętany dotyk nadmorskiego piasku.

sobota, lutego 23, 2019

Mój żywioł


Budzi się piękny znów dzień:-) Siadam ze swoją wodą na sofie tuż przy oknie tarasowym. To stąd rozpościera się ten cudny widok. Gdzieś pomiędzy domami dostrzegam delikatną łunę światła... Z każdą chwilką staje się wyraźniejsza, aż nie wiedzieć kiedy niebo jaśnieje zupełnie. Chlebek tymczasem już pachnie  w piecu. Za chwilkę włożę i ciasteczka moje ulubione. Mój poranek:-) Pierwsze promyki słońca wpadają przez kuchenne okno do wnętrza. Wierzę, że to zaczątek dobrego, pięknego dnia:-) 

czwartek, lutego 21, 2019

Żegnam `moją` Barcelonę


Odkąd natrafiłam w dwóch różnych dzielnicach Barcelony na bezdomne pary, nie umiem przestać rozmyślać o tych osobach. Dotąd zazwyczaj byli to mężczyźni. Równie smutny obraz. Jednak ten widok mną wstrząsnął. Wtuleni w siebie, pod stertą kołder, śpiący. Nie umiałam odnaleźć się tego dnia i następnego ani dzisiaj z tymi sprzecznymi emocjami... Z jednej strony zachwyt i niedosyt tego wszystkiego pięknego, czym obdarowuje Barcelona, z drugiej smutek wypełniający serce, że innym ludziom się nie udaje, albo nagle wali się świat, żal, że tak musi być. Podczas pieszych wędrówek, natrafiałam na przeróżne miejsca. Te pełne pięknych zabytków i turytów, ale i dzielnice, gdzie bezdomne osoby koczowały ze swoim całym dobytkiem, czyli kilkoma tobołkami, kocami i kołdrami... Jak odnajdować sens...? Jak trwać...? Już nawet nie prozą o nic. Nie patrzą przed siebie. Niejako pogodzeni z tym co jest. To takie okrutne. I niesprawiedliwe... Ich obecność wypełnia w naturalny sposób krajobraz Barcelony. Wszyscy przywykli, że są. I tego się przestraszyłam... Komuś dzieje się krzywda, jest mu zimno, jest głodny, jest nieszczęśliwy, a tuż obok toczy się życie. Przechodzą roześmiani, inni ludzie, w pięknych, często markowych ubraniach, mieszkający w dobrych hotelach, spełniający swoje marzenia... Dwa różne światy, istniejące tak blisko siebie. Z La Rambli wystarczy zboczyć nieco, by znaleźć się w jednej z takich biednych dzielnic/ulic. Nie zrobiłam zdjęć. Obraz ten pozostanie ze mną, czy chcę tego czy nie. Najprościej byłoby wyprzeć go. A ja doszłam już do perfekcji w tym zakresie. Z taką jak moja wrażliwością, inaczej nie potrafiłabym funkcjonować. Jednak wciąż widzę kobietę, o jasnych włosach, w różowym sweterku, śpiącą. Na kołdrze ułożone dłonie, na nich kilka pierścionków. Na przeciwko niej, oparty o ścianę, siedzący mężczyzna, z włosami dłuższymi, zebranymi gumką, robiący jakieś notatki w zeszycie w szerokie linie. Wybrali witrynę opuszczonego sklepu na swoje "lokum". Wnęka, chroni przed wiatrem i zimnem. Przy ruchliwej drodze, a przez to może bezpieczniej... Wiek ok 45-50 lat. Kilka przecznic dalej, kobieta i mężczyzna, dużo młodsi, wychudzeni, z szarymi twarzami, brudnymi włosami, śpiący, wtuleni w siebie. Wokół nich sporo toreb, koców, kołder, ubrań... Tuż za zakrętem, pojedyncze osoby. Jedna z nich na wózku inwalidzkim. Śpiąca, otulona tyloma warstwami, że trudno ją dostrzec. Taki obraz Barcelony również zabrałam ze sobą... Stolica Katalonii zatem, to miasto kontrastów. Skrajne ubóstwo przeplata się tutaj w naturalny sposób z bogactwem. Jeden świat nie wadzi drugiemu. Żyją swoim życiem...

niedziela, lutego 17, 2019

Małe i większe zachwyty


Piątkowy dzień już spokojniejszy. Po drugiej nieprzespanej nocy. Tak już mam. Wszyscy śpią, u mnie wystarczy zbyt twardy materac albo energia nie taka i ciężko mi zasnąć. Dałam jednak radę:-) Pierwszym punktem przedwczorajszego dnia były oczywiście starocie:-) Encants, oddalone o ok 30 minut drogi spacerkiem. Sama przyjemność:-) Słońce, po drodze park cudny i ogólnie tutejsze życie. Kiedy dotarłam na miejsce, nie byłam pewna, czy dobrze trafiłam. Mnóstwo stoisk, handlarzy z kocykami, na których można było zakupić dosłownie wszystko:-) Pomiędzy straganami z odzieżą, przyborami do domu, narzędziami i rupieciami wszelakimi, moje oko wypatrzyło pierwsze starociowe stoisko. Zaraz potem drugie i kolejne. Samo miejsce robi wrażenie. Najprawdziwszy pchli targ na jakim byłam:-)  Serce zabiło mocniej na widok wazy. Oczywiście cena nie do przyjęcia. 50 euro. Ostatecznie, kiedy z trudem okazałam brak zainteresowania i chciałam już odejść, sprzedawca oddał za 10:-) Byłam już spełniona. Tymczasem, jak się okazało, czekało na mnie coś jeszcze.

piątek, lutego 15, 2019

Uczta dla duszy


Piątkowe popołudnie:-) W jakże innej scenerii wokół. Pośród zabytków niezwykłych, uliczek wąskich, pełnych klimatycznych butików, kafeterii, restauracyjek, pracowni/sklepików z rękodziełem i klubów tętniących życiem. Przede wszystkim mam swoją wiosnę. Na kilka chociaż dni:-) Ze słońcem, zielenią, śpiewem ptaków i morzem:-) To właśnie niezwykłość takich nadmorskich miejscowości. Barcelona łączy w sobie to wszystko, czego można oczekiwać, będąc turystą:-) Chłonę niepowtarzalne widoki i smaki. Każdy z nich pragnę zapamiętać, ułożyć w sercu... W pierwszym dniu zgodnie z planem, na poranną kawkę udaliśmy się do Pastiserii Hofmann. Potwierdzam, iż tego miejsca nie można przegapić, szczególnie, jeśli jest się smakoszem croissantów. To drugie tak samo pyszne rogaliki, jakie jadłam, po piekarence rodzinnej w Anghiari w Toskanii:-) Do tego przeurocze wnętrze! Kawkę niekoniecznie w tym miejscu trzeba wypić. Taka sobie dla mnie... 

niedziela, lipca 08, 2018

Gubbio


Terza domenica, a zatem trzecia dziś niedziela i ostatni już pełny dzień w Toskanii. I z jednej strony szkoda wielka, bo przecież tutaj mam wszystko, do czego lgnie moje serce, z drugiej jednak, cieszę się na myśl, że wypiję znów kawkę w swojej ulubionej filiżance, że wyjdę raniutko do ogrodu i popatrzę na to swoje, budzące się niebo:-) A tymczasem, pieją w oddali gdzieś koguty, z pobliskich oliwek dają się słyszeć urocze trele, jaśnieje już niebo... Sączę ostatnią tutaj, poranną kawkę. Ta jutrzejsza będzie pewnie wypita w pośpiechu, by jak najwcześniej wyruszyć w drogę. Na dziś kilka jeszcze planów. Zatem minie raczej dość szybko.

piątek, lipca 06, 2018

Tyle piękna dookoła


W zeszły piątek pożegnaliśmy tajemnicze miejsce w Orbicciano Lucca.... Ostatnie spojrzenie na domek...

wtorek, lipca 03, 2018

Casa Del Rosmarino


Nie tak dawno, tuż przed przyjazdem do Toskanii, myśl przemknęła taka, by odnaleźć kiedyś miejsce, do którego zapragnę powracać... 
By na tę tęsknotę złożyło się to co za oknem, czyli sielski, chwytający za serce krajobraz i wnętrze domu przywołujące mój własny... By poczuć się swojsko, ale i jednocześnie wyjątkowo.
Anghiari wraz z domkiem bajkowym i wszystkim co dookoła, wpisuje się w to wyobrażenie każdym szczegółem i wszystkim jednocześnie.

niedziela, lipca 01, 2018

W moim Arezzo


Pragnęłabym opowiedzieć o San Gimignano, bo i wrażenia i emocje pozostały po nim niezwykłe, jak i pokazać każdy kąt w nowym domku 
i wszytko to, co dookoła zachwyca, jednak  Arezzo to to, 
co najpiękniej na tę chwilę w mojej duszy gra:-)
Tuż za nim, tutejszy krajobraz i wnętrze domu, wyśnione, jedyne, zapierające dech w piersiach...
A emocje związane z Arezzo... to trafiające wprost do serca, poruszające całą moją wrażliwość, 
obrazy i zapachy... Minionej epoki, w zaułkach sklepików z wszystkim co starym nazwać można, ale też stoiska handlujących tymi wiekowymi cudownościami, które tylko tutaj napotykam. 
I uprzedzić pragnę tylko, iż opowiedzieć ani pokazać tych doznań nie sposób, a raczej słowa nie opowiedzą a zdjęcia nie oddadzą klimatu 
na przykład, którego tam się `dotyka`.

piątek, czerwca 29, 2018

Ostatni poranek w Orbicciano


Vin Santo - oto, czego bardzo chciałabym tutaj doświadczyć:-) To najlepsze wino deserowe, sięgające swoją historią czasów średniowiecza. Wytwarza się je z zasuszanych pod sufitem winogron/rodzynek, w których soku właściwie już nie ma, jest za to głębia i esencja smaku i aromatu. Ze stu kilogramów winogron uzyskuje się około sześć litrów wina?! Podczas utraty wody, zwiększa się w nich zawartość cukru, który w procesie fermentacji przekształca się w alkohol. Jest zatem dość mocne:-) Wino dojrzewa w dębowych beczkach nawet do 10 lat. Należy przy tym do win raczej słodkich, choć można napotkać i wytrawne odmiany. Ja pokusiłabym się o tę słodką, w szczególności chyba o miodowym aromacie. Butelka takiego wina to koszt nawet 60 euro. Włosi podają je z ciasteczkami migdałowymi cantucci, które namacza się w tym wykwintnym trunku. To dla nich niemal święte, obowiązkowe połączenie:-) Choć winiarze traktują ten rytuał jako profanację uważając, że święte wino można ewentualnie smakować z cygarem. Cena podyktowana jest wysoką jakością i niezwykłym ponoć, szlachetnym, bogatym smakiem, uzyskiwanym dzięki szczególnej recepturze wytwarzania z wybranych, białych szczepów winogron, przekazywanej z pokolenia na pokolenie. Ciekawostką jest dla mnie fakt, iż dodaje się do beczek osad drożdżowy z poprzednich roczników, nawet dwustuletni. Jej, dobrze robić musi na żołądek:-) Już szykuję szklaneczkę. No i cantucci trzeba by zakupić. Bo przecież nie cygara:-)

czwartek, czerwca 28, 2018

Pamięć domu


Pierwszą i drugą noc, choć prawie nieprzespaną i pełną lęków, zrzuciłam na karb bogactwa emocji w ciągu dnia i myśli wielu, które tutaj jakoś mnożą się w nieskończoność. Jednak kolejną już, przesyconą snami pełnymi tragedii i wypadków, próbami ucieczki wciąż przed czymś złym, no i natłokiem ogromnym tychże, wprawiła mnie w wielki niepokój. Przy tym nie tylko ja doświadczam tutaj takich nocy... Zastanawiać zaczęłam się, skąd to wszystko. I odpowiedź nasunęła się sama. Pamięć domu. Wpisałam te dwa oto słowa w wyszukiwarkę i proszę klik. To, co urzeka mnie i pociąga od zawsze, tj kilkusetletnie, kamienne domy, skrywać mogą wiele tajemnic i czyichś trudnych emocji... I już właściwie przekonana jestem, że tak właśnie jest. Pamiętam mój pobyt w Toskanii w zeszłe wakacje. Wieczory i noce były bardzo podobne. Przede mną jeszcze jedna noc tutaj. W miejscu iście bajkowym, otoczonym oliwkami, w którym przemawia do mnie właściwie wszystko, gdzie odnajduję swoją estetykę, w którym jednak nie umiem odpocząć.

środa, czerwca 27, 2018

Orbicciano Lukka


Gaje oliwkowe i winnice, pośród nich, gdzieś na wzgórzu, kamienne domostwa porośnięte pachnącymi krzewami, do których prowadzą kręte, wąskie dróżki, momentami mieszczące jeden tylko samochód. To marzenie każdego chyba, kogo serce mocniej bije na samo brzmienie słowa `Toskania`. A moje na pewno:-) Jedno z takich miejsc wynalazłam znów kilka miesięcy temu, planując wakacyjny wyjazd. To pierwsze z nich. W Orbicciano Lukka, przytulny, klimatyczny, piękny, stary bardzo dom z kamienia, przylegający ogrodem do ścian uroczego kościółka, nie rozeznałam jeszcze, czy działającego. Jednak widnieje w gablotce rozpiska jakaś, stają czasem przed nim samochody mieszkańców pobliskich domów... Niezwykłe to uczucie, przeglądać gazetki w ogrodzie pod wieżyczką kamienną, w której najpewniej mieści się dzwon kościelny:-) Domek z zewnątrz:-)

poniedziałek, czerwca 25, 2018

Werona


Na zewnątrz chłodno jeszcze. Zupełnie inaczej wstaje tutaj dzień:-) Horyzont przesłania roślinność bujna, a to niesie już pomysły nowe, by co nieco przenieść na `swój grunt`. Taras na przykład otoczyć taką zielenią, by przestrzeń intymną zapewnić sobie. Podobają mi się bardzo wydzielone tutaj w ogrodzie strefy. Sprawiają, że jest klimatycznie i po prostu domowo. Jest kącik z sofami i taki z ławeczką i dużym stołem. Jest też okrągły stoliczek z krzesełkami, by z kawką przysiąść na przykład. I strefa kąpielowa... No i sam dom:-) Piękny po prostu:-) Pokażę oczywiście każdy kącik, dziś jednak pragnę podzielić się tym wszystkim, co przyniósł pobyt w Weronie:-) To w drodze do Toskanii, wymarzony moment na odpoczynek. Skrycie gdzieś tam na dnie serca, pielęgnowałam pragnienie, by kiedyś móc ją zobaczyć. Wielką korzyść przyniosła moja wczesnoporanna pobudka:-) Choć raz:-) Dla innych rzecz jasna, dla mnie wczesne poranki są nieocenione. Rzecz w tym, że znaleźliśmy się w śpiącej jeszcze Weronie, tym też sposobem wcześnie dość dotarliśmy tam, gdzie nie sposób nie zajrzeć, a zetem do domu Capulettich:-) To właściwie główny cel wizyty, choć jak się okazało, prócz tej oczywistej atrakcji, Werona kryje wiele jeszcze zakątków i skarbów, które chwytają za serce. Najpierw jednak Casa di Giulietta.

środa, lutego 07, 2018

Altos de Chavon czyli artyści w Dominikanie


Ileż kochający ojciec jest w stanie uczynić dla swojej ukochanej córki? Niemal wszystko:-) Przykładem jest tutaj pewien amerykański przemysłowiec, urodzony w Wiedniu, Charles B. Bluhdorn, uznawany za ojca dominikańskiego przemysłu turystycznego. Jego córeczka zapragnęła wyjechać  na studia do Europy. Po wielu próbach przekonywania ojca do swojego pomysłu, były właściciel kompanii cukrowniczej zaproponował, iż stworzy dla niej Europę bliżej. Działający w branży filmowej miliarder, zatrudnił swoich scenarzystów do zaprojektowania i wybudowania wioski na wzór andaluzyjskiej z  XIV wieku. Rzeczywiście, przechadzając się wąskimi uliczkami, pośród postarzonych bardzo umiejętnie domów z koralowca i kamienia, można przenieść się w czasoprzestrzeni i z pewnością nie domyślić się, że wszystko to powstało we wczesnych latach osiemdziesiątch XX wieku.  Nie muszę dodawać, że było mi tam cudownie:-) Jednak rozumiem decyzję córki, która nigdy w Altos de Chavon zamieszkać nie chciała. To urokliwe i niezwykłe miejsce, z amfiteatrem na 5000 miejsc, kościółkiem, szkołą, muzeum archeologicznym, restauracjami, butikami, urokliwymi placykami z fontannami, w otoczeniu egzotycznej przyrody, przypomina jednak złotą klatkę.

wtorek, lutego 06, 2018

Dwie twarze wyspy


Dziś już z pełną świadomością potwierdzę, iż Dominikana, to świat piękny, o niebiańskich plażach i zachwycającej naturze, wydawałoby się, dla wybranych jedynie, z drugiej jednak strony, ubogi bardzo, jeśli tylko pobyć choć chwilkę, poza obszarem kurortu. Co urzeka mnie bardzo, to sami mieszkańcy wyspy. Uśmiechnięci, życzliwi, przyjaźni... To serdeczne hola czy buenos dias, daje się słyszeć na każdym kroku:-) Dziś patrzę na każdą mijającą mnie osobę inaczej (myślę o tutejszych), niż zaledwie przedwczoraj. Odbyłam znów bardzo cenną lekcję życia. A to za sprawą odwiedzenia kilku znów miejsc podczas wycieczki fakultatywnej. Dopiero dziś prawdziwy sens odnajduję w całym moim tutaj pobycie.

niedziela, lutego 04, 2018

Wprost z mojego snu


Budzę się leniwie, z sercem pełnym wrażeń i pięknych, 
niezapomnianych emocji...
Odwiedziłam wczoraj miejsce,
które nie sposób opowiedzieć,
a żadne zdjęcie nie odda bajkowej scenerii, którą tam napotkałam...
Nieskazitelna biel piasku kontrastująca z  turkusem morza, 
niezmąconym powiewem wiatru,
żadną plamką, majestatycznie i sielsko zarazem,
rozpościerającym się błogo gdzie okiem sięgnąć.
 Wszystko tworzyło doskonałą, niezwykłą scenerię.
To właśnie te chwile, obrazy, poruszenia serca,
które pozostają, już na zawsze.

czwartek, lutego 01, 2018

Trochę inny raj

 

Dziś doświadczyłam znów czegoś nowego. Tym razem... trudnego. Zderzyłam się z inną, tutejszą rzeczywistością. Tą prawdziwą. Nie moją. Ze światem bardzo odbiegającym od tego, do którego przywykłam. I choć w tym jednym momencie, przedzierając się przez drogę pełną trąbiących pojazdów wszelakich i krzyczących coś wciąż ludzi, wpadłam w panikę, teraz poczytuję to jako doświadczenie bardzo cenne. Za moją dziś namową, wyszliśmy poza terem naszego obiektu. Zawsze lubię poczuć choć troszkę klimat ulicy, tej rzeczywistej. Tak też i dzisiaj, korzystając z wiaterku i pozornie mniej słonecznego nieba, wybraliśmy się do `miasta`, które z miastem nic wspólnego nie miało. Wyobrażałam sobie sklepiki i kafejki, miejscowe jakieś, miłe i przyjazne miejsca z przysmakami i pamiątkami. Nic takiego jednak nie znaleźliśmy. Zamiast tego, zatłoczone uliczki, gorące, brudne, głośne, miejscami śmierdzące, które wydawały się nie mieć końca. Dotarliśmy do jednego gdzieś pośród tego chaosu sklepiku. Bardzo chciałam kupić tutejszą kawę i kakao. Na szczęście znaleźliśmy kilka paczuszek. I to co najmilsze w tej całej wyprawie, to taksówka, dzięki której powróciłam do swojego, bezpiecznego, spokojnego świata. Doceniłam wszystko co tutaj. Jednocześnie też zrozumiałam, jak bardzo różnie wyglądać może życie. I jak wielkie  mam szczęście, że mogę tak po prostu powrócić do mojej dobrej rzeczywistości.

wtorek, stycznia 30, 2018

Oswajam, poznaję, smakuję...


Sukces. Dziś przebudziłam się już wczesnym rankiem:-) 5.30, a ja wciąż przeliczam. 10.30 moja. Choć właściwie bardziej moją teraz jest 5.30. Niech tak zatem pozostanie. Tak jak i niech sobie są moje włosy takie właśnie... Nie będę walczyć z nimi. Pod wpływem deszczu czy wilgotności takiej jak tutaj, skręcają się na wszystkie strony:-) Zabrałam ze sobą prostownicę, jednak nie sposób wciąż ich prostować. Polubię siebie taką. Przynajmniej spróbuję:-) Za oknem też jakby dziś spokojniej. Wczoraj dał się słyszeć w nocy i nad ranem silny wiatr. Front ten ma się uspokoić, dziś będzie już tylko słonecznie i bezwietrznie. Od miesiąca, co nie zdarza się właściwie, padało tutaj i wiało. Jednak wygląda to tak, że w jednym momencie jest bezchmurnie i słonecznie, za chwilkę niebo szarzeje i leje jak z cebra. Nikt na to nie zważa. Dzieci jak bawiły się i pływały w basenie tak wciąż tam są. Swoją drogą wspaniała okazja by poczuć ciepły deszcz na sobie i za moment dać osuszyć się gorącym promieniom:-) To region oceaniczno-morski, stąd tak nagłe zawirowania pogodowe. Jednak jeśli jest deszcz, to krótki i intensywny po czym znów świeci słońce. Zbawienny klimat dla tutejszej przyrody.

niedziela, stycznia 28, 2018

Namiastka raju



To niezwykłe, że w zaledwie kilkanaście godzin można przenieść się do tak bardzo innego świata... Gdzie odmienia się i nabiera innego wymiaru znaczenie utrwalonych w mojej głowie norm i codziennych przyzwyczajeń. Tych dotyczących zachowań, obrazów i smaków... Zachowań, bo tutaj, gdzie dane jest mi dziś być, nikt nigdzie się nie śpieszy. Wszyscy są uśmiechnięci i życzliwi. Obrazów, bo jeszcze wczoraj ubrana w kożuszek i ciepły sweter, zakrywałam każdy odsłonięty skrawek ciała. Dziś, wystawiam całą siebie do słońca, chłonę turkusy, biele i błękity wody, piasku i nieba... Patrzę i napatrzeć się nie mogę na pięknych ludzi. Piękne kobiety, pięknych mężczyzn i dzieci. O regularnych rysach, czarnych, gęstych włosach i śniadych, cudownych ciałach. Kobiety są tutaj naturalnie kobiece. Ich dzieci tak piękne, że nie sposób nie zerkać i nie podziwiać. Krajobraz zapierający dech w piersiach.
Copyright © 2014 bielhani , Blogger