piątek, lutego 09, 2018

Wszędzie dobrze...


Nastał piątek, z białym, cichym porankiem. Po przespanej nocy, z pierwszą poranną kawką. Zaparzoną wciąż moim siteczkowym sposobem,
tj przelaną przez siteczko, ale to nic. Poczułam jej smak, jej niezwykły zapach. Dopełnił się jeden z moich najważniejszych w ciągu dnia rytuałów:-) Przez okno wpadały promienie słońca. Na stoliku przy sofie tli się od rana świeca, na kuchennym stole kolejna. Potrzebuję kilku dni, by wszystko powróciło na miejsce. Głównie w temacie ubrań:-) Puszczam zatem pralkę za pralką, suszę, co nieco trzeba by przeprasować... Jednak wszystko jakby spowolniło... Dzień dłuższy się stał. Nabrałam miłego dystansu do spraw:-) To niepodważalna zaleta odcięcia się, choć na moment, od codzienności i rutyny. Wszystko nabiera innego smaku i wymiaru. Patrzę na siebie i na sprawy... z boku, innym, świeżym spojrzeniem. Dla przykładu, wychodząc dziś z domu, ominęłam te co zwykle botki, sięgnęłam po szary płaszczyk zamiast po moje niezniszczalne futerko... Włosy też inaczej niż zwykle spięłam... Poza tym na szczęście wszystko pozostało na swoim miejscu. Takie jak kocham. Mój domek ze wszystkim co w nim. Pracownia z moimi perełkami... Wszystko jeszcze mocniej doceniam, jeszcze bardziej mnie dziś zachwyca. Po drodze do domu wstąpiłam do pobliskiej hurtowni kwiatów, a tam... nawłoć, trachelium...

środa, lutego 07, 2018

Altos de Chavon czyli artyści w Dominikanie


Ileż kochający ojciec jest w stanie uczynić dla swojej ukochanej córki? Niemal wszystko:-) Przykładem jest tutaj pewien amerykański przemysłowiec, urodzony w Wiedniu, Charles B. Bluhdorn, uznawany za ojca dominikańskiego przemysłu turystycznego. Jego córeczka zapragnęła wyjechać  na studia do Europy. Po wielu próbach przekonywania ojca do swojego pomysłu, były właściciel kompanii cukrowniczej zaproponował, iż stworzy dla niej Europę bliżej. Działający w branży filmowej miliarder, zatrudnił swoich scenarzystów do zaprojektowania i wybudowania wioski na wzór andaluzyjskiej z  XIV wieku. Rzeczywiście, przechadzając się wąskimi uliczkami, pośród postarzonych bardzo umiejętnie domów z koralowca i kamienia, można przenieść się w czasoprzestrzeni i z pewnością nie domyślić się, że wszystko to powstało we wczesnych latach osiemdziesiątch XX wieku.  Nie muszę dodawać, że było mi tam cudownie:-) Jednak rozumiem decyzję córki, która nigdy w Altos de Chavon zamieszkać nie chciała. To urokliwe i niezwykłe miejsce, z amfiteatrem na 5000 miejsc, kościółkiem, szkołą, muzeum archeologicznym, restauracjami, butikami, urokliwymi placykami z fontannami, w otoczeniu egzotycznej przyrody, przypomina jednak złotą klatkę.

wtorek, lutego 06, 2018

Dwie twarze wyspy


Dziś już z pełną świadomością potwierdzę, iż Dominikana, to świat piękny, o niebiańskich plażach i zachwycającej naturze, wydawałoby się, dla wybranych jedynie, z drugiej jednak strony, ubogi bardzo, jeśli tylko pobyć choć chwilkę, poza obszarem kurortu. Co urzeka mnie bardzo, to sami mieszkańcy wyspy. Uśmiechnięci, życzliwi, przyjaźni... To serdeczne hola czy buenos dias, daje się słyszeć na każdym kroku:-) Dziś patrzę na każdą mijającą mnie osobę inaczej (myślę o tutejszych), niż zaledwie przedwczoraj. Odbyłam znów bardzo cenną lekcję życia. A to za sprawą odwiedzenia kilku znów miejsc podczas wycieczki fakultatywnej. Dopiero dziś prawdziwy sens odnajduję w całym moim tutaj pobycie.

niedziela, lutego 04, 2018

Wprost z mojego snu


Budzę się leniwie, z sercem pełnym wrażeń i pięknych, 
niezapomnianych emocji...
Odwiedziłam wczoraj miejsce,
które nie sposób opowiedzieć,
a żadne zdjęcie nie odda bajkowej scenerii, którą tam napotkałam...
Nieskazitelna biel piasku kontrastująca z  turkusem morza, 
niezmąconym powiewem wiatru,
żadną plamką, majestatycznie i sielsko zarazem,
rozpościerającym się błogo gdzie okiem sięgnąć.
 Wszystko tworzyło doskonałą, niezwykłą scenerię.
To właśnie te chwile, obrazy, poruszenia serca,
które pozostają, już na zawsze.

czwartek, lutego 01, 2018

Trochę inny raj

 

Dziś doświadczyłam znów czegoś nowego. Tym razem... trudnego. Zderzyłam się z inną, tutejszą rzeczywistością. Tą prawdziwą. Nie moją. Ze światem bardzo odbiegającym od tego, do którego przywykłam. I choć w tym jednym momencie, przedzierając się przez drogę pełną trąbiących pojazdów wszelakich i krzyczących coś wciąż ludzi, wpadłam w panikę, teraz poczytuję to jako doświadczenie bardzo cenne. Za moją dziś namową, wyszliśmy poza terem naszego obiektu. Zawsze lubię poczuć choć troszkę klimat ulicy, tej rzeczywistej. Tak też i dzisiaj, korzystając z wiaterku i pozornie mniej słonecznego nieba, wybraliśmy się do `miasta`, które z miastem nic wspólnego nie miało. Wyobrażałam sobie sklepiki i kafejki, miejscowe jakieś, miłe i przyjazne miejsca z przysmakami i pamiątkami. Nic takiego jednak nie znaleźliśmy. Zamiast tego, zatłoczone uliczki, gorące, brudne, głośne, miejscami śmierdzące, które wydawały się nie mieć końca. Dotarliśmy do jednego gdzieś pośród tego chaosu sklepiku. Bardzo chciałam kupić tutejszą kawę i kakao. Na szczęście znaleźliśmy kilka paczuszek. I to co najmilsze w tej całej wyprawie, to taksówka, dzięki której powróciłam do swojego, bezpiecznego, spokojnego świata. Doceniłam wszystko co tutaj. Jednocześnie też zrozumiałam, jak bardzo różnie wyglądać może życie. I jak wielkie  mam szczęście, że mogę tak po prostu powrócić do mojej dobrej rzeczywistości.
Copyright © 2014 bielhani , Blogger